Prawie 3 tygodniowa nieobecność...wstyd, ale jakoś nie umiałam się zorganizować. Jasia dopadło niestety pierwsze choróbsko. Zaczęło się rozwolnieniem i podwyższoną temperaturą. Kiedy termometr pokazał 38,4 migusiem pobiegliśmy do pani doktor, która na szczęście mieszka piętro niżej. Prawdopodobnie jakaś "wirusówka". Nie trwała długo, bo po 3 dniach zaczął dochodzić do siebie. Gorączka spadła samoistnie podawałam mu dużo herbaty i pierś 24 godziny na dobę. powtórka z rozrywki :) Skończyło się na probiotyku i diecie. Dopiero jak już wszystko wróciło do normy musieliśmy wrócić do punktu A na drodze do rozszerzania diety, czyli najpierw same warzywa, żadnych owoców, soczków, czy mięsa. Teraz Jaś je już normalnie, a wręcz mam wrażenie, że chciałby nadrobić straty, bo jak widzi jedzonko to aż się trzęsie. Bardzo pomocne okazało się po raz kolejny karmienie piersią. Pani doktor jak zwykle zapytała, czy Jaś dalej na piersi i pozytywną odpowiedź skwitowała tylko " Proszę się nie martwić dzieci karmione naturalnie dużo lepiej znoszę takie choroby". Tylko ja trochę podeszłam do tematu całkowitego przejścia na pierś podeszłam zbyt lekkomyślnie. Za mało piłam, źle jadłam i przypłaciłam lekkim odwodnieniem, przez kilka dni wracałam do normy, bo było mi strasznie słabo bolała mnie głowa, mroczki w oczach itp :( Cóż za głupotę trzeba płacić. Teraz mam nadzieję będę rekompensować moją nieobecność...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz